EKONOMIA‎ > ‎Ekonomikalia‎ > ‎

Księżyc nie jest z sera, czyli o dowodach, ekonomii i Małym Księciu

opublikowane: 11 lut 2012, 13:28 przez Grzegorz Sobiecki   [ zaktualizowane 17 lut 2012, 00:13 przez Nieznany użytkownik ]
Jak inspirujące może być zajrzenie po pewnej pauzie do Świata Nauki (tego pisanego wielkimi literami, z tego pisanego małymi literami ciężko wyjść, raz się zanurzywszy po pas). Znów w numerze z lutego 2012, Steve Minsky popełnił felieton odnosząc się do konferencji w październiku 2011 w Arizonie, kiedy to fizyk teoretyczny Sean M. Carroll "całkiem poważnie roztrząsał teorię, że Księżyc jest zbudowany z zielonego sera" [dokładniej tłumacząc chodzi o "green cheese", czyli nieświeży ser, ale mniejsza o to]. Zadał trochę pytanie, które zaskakuje milczeniem słuchacza, który niby wie, ale jednak nie wie, co odpowiedzieć: "Skąd wiadomo, że Księżyc nie jest zbudowany z zielonego sera?". W końcu nawet jeśli weźmiemy pył księżycowy zewnętrznej warstwy, pobrany przez próbnik, wciąż nie mamy namacalnego dowodu, że w środku nie jest zbudowany z sera.

Carroll wyjaśniał: "Możemy oficjalnie uznać to stwierdzenie za absurdalne, ponieważ, oceniając wiarygodność hipotezy, mamy prawo odwoływać się do już posiadanej wiedzy o Wszechświecie. Rzeczywistym powodem prawdziwości stwierdzenia, że księżyc nie jest zbudowany z zielonego sera, jest nie to, że tam polecieliśmy i przywieźliśmy próbki, ale to, że ser otrzymuje się z mleka, które pochodzi od krów, owiec bądź kóz (...) Ser nie był częścią pierwotnego Układu Słonecznego. Dysponujemy wiedzą teoretyczną na temat tego, jak działa Układ Słoneczny i jak powstają planety. Ta wiedza wyklucza tezę, że Księżyc jest zrobiony z zielonego sera. Podobnie jest przeświadczenie o nieprawdopodobieństwie zgięcia łyżeczki siłą umysłu nabraliśmy nie dlatego, że przyłapaliśmy kogoś na oszustwie, ale stąd, że byłoby to sprzeczne z prawami fizyki {GS: Co jednak nie wyklucza działania praw, których jeszcze nie odkryliśmy!}. Teza o Księżycu zbudowanym z zielonego sera podważa wszystko, co wiemy o funkcjonowaniu Układu Słonecznego. (...) Twierdzenia, że Księżyc nie jest zrobiony z zielonego sera nie dowodzi się tak, jak tez w logice czy matematyce. Nauka ocenia jednak wiarygodność twierdzeń również na podstawie tego, czy są zgodne z naszą dotychczasową wiedzą teoretyczną"... i praktyczną.

Ekonomii to ostatnie stwierdzenie jest bardzo bliskie, bo często stwierdzenia ekonomii normatywnej opierają się na tego typu dowodzeniu. Istnieje tu jednak pewien problem. Ci, którzy lubują się w ocenach na podstawie doświadczenia i istniejącej - a często tylko - posiadanej (a to różnica, sic!) wiedzy popełniają grzech nierzetelności takiego dowodu-oceny. 

Można rozpatrywać możność konstruowania ocen i formowania norm odwołując się do faktów (obiektywnej wiedzy, doświadczenia), czyli rozpatrywać problem tzw. gilotyny Hume'a (wspominałem o nim we wpisie Ekonomia normatywno-pozytywna: Gilotyna Hume'a - problem widmo?), jednak gdy już korzystamy z tego specyficznego sposobu dowodzenia pośredniego (z pominięciem bezpośredniego doświadczenia), które mija się w "innym wymiarze" także i z problemem gilotyny Hume'a, wymaga on rzetelności (nieustannie) subiektywnej oceny, wspólnej dla wszystkich logiki i języka oraz precyzji wyrażania się, które są ważnymi czynnikami dyskusji i innych interakcji społecznych, koniecznych z kolei, by stwierdzenia nie znikły w gąszczu nieuczesanych myśli demiurga, niczym wiersz pisany do szuflady, ale mogły wędrować po świecie i pobudzać synapsy do realizowania wolności swego właściciela do budowania zrozumienia. Rzetelna ocena faktów i spostrzeżeń wymaga ludzkiej (czyli naukowej) pokory i otwartości, uwzględniania swych własnych ograniczeń, obserwatora i odbiorców relacji, ułomności komunikacji, języka. Dopiero taka rzetelność dopuszcza faktyczne rozpatrywanie intuicyjnie niedorzecznego pytania, skąd wiemy, że Księżyc nie jest zbudowany z sera?, zamiast odpowiedzieć z ignorancką oczywistością "bo tak jest".

Niepokorna ocena zrywa natychmiast mosty wszelkiego zrozumienia oceniającego umysłu i odbiorców jego komunikatów. By nie być gołosłownym, stwierdzenie (ekonomii normatywnej) - zdanie jasne, wprost oceniające, ogólne i uniwersalne (czyli, którego forma sugeruje, że jego desygnat obowiązuje zawsze i wszędzie), że "to nie dobrze, że złotówka się osłabia" - jeśli pozbawione rozwinięcia - jest właśnie nierzetelne, bo zbyt krótkie na minimalnym poziomie (względem okoliczności), by wyrazić pełnię prawdy albo o samych wielokierunkowych zależnościach ekonomicznych, które są związane z kursem walutowym, odniesione do jakiś konkretnych warunków czy też konkretnego interesariusza kształtowania się tego kursu albo też o prywatnym stosunku (związanym z osobistym interesem) oceniającego. Pomijam tu niepotrzebną formę zdania - moralizującą, bo kurs walutowy sam w sobie nie jest dobry ani zły. Tak samo wiele spraw określanych, jako "dobre" albo "złe" (czasem mając, czasem nie mając na myśli ocenę moralną) - nie są ani jedne ani drugie, albo inaczej: nie są tylko dobre albo tylko złe. Gdzieś po Internecie krąży pewna bajka o starcu, który miał tylko konia i wiedział to, co w poprzednim zdaniu. Jakoś zostało mi to w myśli. Nie dotarłem, skąd może pochodzić - niektórzy mówią, że jest to opowieść Sufich, inni, że pochodzi z Chin (to też nie ode mnie). Ja wiem tyle, że znam ją z jakiejś prezentacji typu "podaj dalej". Link do jednej z wersji (ciężko o oryginał). Daleki jestem jednak od stwierdzenia, jak Szekspir "W rzeczy samej, nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim" (W. Szekspir, "Hamlet", Akt II, za: Wikicytaty). Prócz neutralnych są rzeczy dobre i złe, ale nie zawsze jesteśmy świadomi pełni ich obrazu, by oceniać moralnie je w całości (najczęściej widząc jedną skrajną stronę), niełatwo jest nawet oceniać ich fragmenty.

Tak czy inaczej, "dobrze", czy "źle" często są (nad)używane skrótem myślowym jako synonimy zgodności z własnym interesem lub nie, zamiast według ich oryginalnego znaczenia. Zdolność języka, zatem zachowywanie słów wyrażających moralne oceny, niezależnie od ich podstaw, jest fundamentalna dla realizacji wyższych potrzeb człowieka. Przez takie nadużywanie siła słów moralizujących traci swoją pierwotną właściwość i (po)wagę.

Wracając do rzetelności, jednoczesne zawieranie w sobie prawdy i nieprawdy jest czystym zarzewiem konfliktu z rodzaju "węzłów gordyjskich", których skala zależy w dużej mierze od osobistego charakteru i politycznej siły spierających się a także katalizatorów i akceleratorów rozchodzenia się informacji o sprzeczności stwierdzeń (Internet, komórki) i swoistego efektu społecznego rezonansu i echa tych treści. One z kolei uniemożliwiają przekazanie pełnej prawdy dotyczącej stwierdzenia oceniającego. Gubi się zatem potencjalna wiedza praktyczna, a przede wszystkim dezorganizowana jest praca instytucji (nie koniecznie państwowych), która opiera się na wiedzy, pochodzącej ze stwierdzeń normatywnych, które wykorzystują dowodzenie nie wprost.

Stąd tak ważne w ekonomii normatywnej (ale nie tylko) jest pozostawienie rozmówcy czasu na rozwinięcie własnej wypowiedzi, przeprowadzenie dowodu. Szczególnie, jeśli intuicja podpowiada natychmiastową negację słyszanych już na początku treści. Ważne jest stosowanie tego, o czym uczą się uczniowie szkół średnich na Podstawach Przedsiębiorczości - technik aktywnego słuchania. Dopytywanie, potwierdzanie komunikatu, wyrażenie zrozumienia nie dla treści, a dla rozmówcy. Wszystko to wspiera właściwe wyrażenie normatywnych stwierdzeń i ocen, których nie zawsze można oprzeć bezpośrednio na faktach.

Trudno jednak walczyć z apriorycznym negatywnym nastawieniem i intencjonalnym (przynajmniej w sferze id) ograniczaniu wypowiedzi oceniającej do ogólników. To chyba wątek innej bajki, więc go pominę (sam oceń czy dobrze robię :))

Rzetelność oceny umożliwia rezygnację z odwoływania się do autorytetu wygłaszającego ocenę czy też potencjalnie oceniającą wątpliwość (sprawa Księżyca z sera), na co m.in. zrzucał odpowiedzialność Mały Książę, gdy uczeni nie chcieli rozpatrywać równie "niedorzecznych" doniesień Turka w nieeuropejskim ubraniu o planecie B-612. 

To niesamowite, ale naukowa pokora ma potencjał pobudzania refleksji w ogóle - stawania się dzieckiem, które z otwartymi oczyma, nie powstrzymywane przez rodziców (zbytnio), dziwi się każdym nieznanym i znanym czymś, nazwie wszystko "po imieniu" - tak jak faktycznie jest, będzie cieszyło się każdym odkryciem, pytało nieustannie z ciekawością i po prostu "dlaczego?", które marzy, wymyśla niestworzone rzeczy. Dziecka, które potrafi uwierzyć w Małego Księcia. Któremu wystarczy powiedzieć, że "Dowodem istnienia Małego Księcia jest to, że był śliczny, że śmiał się i że chciał mieć baranka, a jeżeli chce się mieć baranka, to dowód, że się istnieje" (Antoine de Saint-Exupery, "Mały Książę", wersja internetowa), aby uznało prawdziwość jego bytność. Zresztą, czy potrzeba naocznego świadka (bezpośredniego dowodu), by poczuć, że tak właśnie jest? :) 


Comments