EKONOMIA‎ > ‎

Ekonomikalia

Czyli ciekawe newsy, informacje ze świata ekonomii. Nie jest ich największą wartością aktualność, ale meritum i możliwość wyciągnięcia wiedzy, najczęściej zastosowanej w praktyce.

KOMENTARZE: Lir czy Euro? oto jest pytanie

opublikowane: 16 cze 2014, 11:34 przez Grzegorz Sobiecki

"Waluta euro nigdy nie przestanie być sprawą wywołującą zarówno pozytywne, jak i negatywne odczucia. (...)
politycy i ekonomiści włoscy powinni przestać gdybać – „co by było gdyby lir na nowo stał się włoską walutą” i skupić się na szukaniu problemów w innych warstwach swojej ogromnej gospodarki. Wydaje mi się, że czasem warto jest posłuchać zaleceń Unii Europejskiej zamiast stale ją krytykować."

Tomasz Gorzkowski
student SGH

Pełny komentarz: LINK
Artykuł: LINK

Ćwiczenia "korespondencyjne"

opublikowane: 14 cze 2014, 02:57 przez Grzegorz Sobiecki

Wiedziałem, że na kreatywność studentów można liczyć :)

Na Keynesie jest oparta
Makroekonomii karta.
Ważne każde zagadnienie,
Bo inflacja, zatrudnienie.
Wraz z państwową polityką,
Ekonomii dynamiką.
Mechanizmy są rynkowe,
Choć nie zawsze ocenowe.
I choć czasem bywa spadek,
Zyski nie przyjdą bez wpadek.
Mimo czasem ciężkiej pracy,
Nie ma nic ot tak na tacy.
Cieszę się oceną każdą,
Zaliczenie kwestią ważną.
A kto trzyma zawsze fason,
Temat ten zaliczy z klasą.
Nie tracę więc nigdy nadziei
Na koniec zajęć odysei.

/ Martyna Skwara /

Ekonomio ukochana to dla ciebie wstaje z rana.
Jesteś memu sercu bliższa odkąd przy mnie martwa cisza.
Korporacja mnie wyżarła-wypaliła, zniewoliła.
A gdy teraz sesja bliska, trzeba względy twe pozyskać.

Gdy nadchodzi  ta godzina z tobą czas mi szybko mija.
Gdy obliczam twoje twory nawet humor mam wzorowy.
Weksle, indos, stopy zwrotu- Uciekajmy od kłopotów !
Powiedz tylko ukochana jakie są twe wymagania.
Bądź co zrobić gdy ktoś pyta jak obliczyć zysk EBITDA.

/ Piotr Urbanek /

Makroekonomia – gospodarka jako system – mówi definicja
Zrozumiesz w końcu jak działa państwo! - podpowiada intuicja
Poznasz metody walki z inflacją – hart ducha w głębi krzyczy
A na liczby i procenty, analizy i zagadki – umysł skrycie liczy.

To jest trudne – strach niepewnie wtrąca – nie dasz rady
I lenistwo –ziewając- mówi swoje - tu ćwiczenia, tam wykłady
Odpuść wszystko! Idź do kina, pośpij dłużej, serial może?
Nie, nie możesz! – silna wola krzyczy – będzie coraz gorzej!

Tu wykresy, obliczenia, tam twierdzenia z definicją
W głowie hałas – silna wola i lenistwo ciągłe spory toczą
Egzamin z dnia na dzień wielkimi krokami się zbliża
Świadomość nieuchronnej klęski; pewność siebie obniża.

Skup się! – silna wola przypomina – umiesz wszystko
Zarządzam pełną mobilizację – stwierdza rozum krótko.
Plan działania zatwierdzony, bez udziwnień, prosty raczej
Jedno wyjście, jeden sposób – otwórz książkę – nie inaczej.

/ Martyna Smolińska / 

Wyjątki od Coase'a: waga kolejności objawieniem się kosztów transakcyjnych a koncentracją na rynku

opublikowane: 18 wrz 2013, 05:01 przez Grzegorz Sobiecki

Pan Sebastian Stodolak opublikował na blogu w Obserwatorze Finansowym krótki wpis, poniżej którego jeden z komentatorów zwrócił uwagę, że teorie Coase'a nie wyjaśniają rzeczywistości podając przykład sytuacji, gdy senator Stokłosa nie chciał negocjować w sprawie generowanych przez należący do niego zakład utylizacji, a regulator (organy władzy lokalnej) nie podejmowały się także rozwiązania, choć teoria Coase'a, wg autora komentarza, sugerowała, że albo jedno albo drugie rozwiązanie problemu powinno się zmaterializować.


Wszystko wynika po pierwsze z tego, że stwierdzenie autora wpisu "Koszty transakcyjne uniemożliwiają zmonopolizowanie gospodarki przez jedną firmę" jest za silne. One są jednym z czynników utrudniających, ale nie umożliwiających monopolizacji rynku (czy też koncentracji siły rynkowej). 

Po drugie, ważna może być także kolejność na linii: koncentracja rynkowej siły <=> problem efektów zewnętrznych (objawienie się problemu związanego z kosztami transakcyjnymi organizacji). Tzn. jeśli koszty transakcyjne zaczną się objawiać w specyficznych okolicznościach, kiedy problemy podziału własności i efektów zewnętrznych czy też specjalizacji i organizacji wewnętrznej w firmach będą narastały w warunkach mniej więcej równych uczestników problemu (tzn takich, z których żaden nie może całkowicie zignorować poczynań innego) oraz (lub?) przy efektywnej administracji (tzn. o większej sile rynkowej niż poszczególni uczestnicy/gracze) to koszty transakcyjne utrudnią monopolizację, czyli powstanie dużych i silnych podmiotów wobec innych mniejszych albo wobec braku innych graczy. Nie będzie się im po prostu opłacało. Wtedy każdy gracz będzie miał szansę negocjacji rozwiązania problemu z innym podmiotem lub w przypadku organizacji przedsięwzięcia: do outsourcingu albo odwołania się do rozwiązań administracyjnych. 

Jeśli natomiast koszty transakcyjne długo nie będą się objawiały, a podmioty/gracze będą rosły w sile rynkowej - gdy problem powstanie zaczną się objawiać, nawet mimo istnienia tych kosztów siła rynkowa uniemożliwi innym graczom negocjacje czy interwencję i opracowanie administracyjnego rozwiązania problemu ze względu na relatywnie niedużą siłę rynkową regulatora, tak jak to się dzieje w przypadku rynków monopoli naturalnych. Na rynku pozostanie jedno przedsiębiorstwo/gracz lub więcej, ale zmuszonych do zaakceptowania niekorzystnych dla siebie rozwiązań - zaakceptowania kosztów transakcyjnych związanych z efektami zewnętrznymi generowanymi przez silny podmiot.

W przypadku Stokłosy zapewne druga opcja miała miejsce. Pierwotna monopolizacja (przed objawieniem się problemu) - koncentracja siły rynkowej po jednej stronie - zadecydowała o tym, że regulator obawiał się interwencji a inne podmioty także nie miały siły rynkowej do negocjacji (nie miały co zaoferować, a Stokłosa mógł rozdawać karty jak chciał). Rozwiązaniem rynkowym mogłaby być konsolidacja (stowarzyszenie) podmiotów, które ponosiły koszty związane ze smrodem z zakładu utylizacyjnego i przystąpienie do negocjacji, albo też możliwy od lipca 2010 r. w polskim ustawodawstwie cywilnym pozew zbiorowy - zatem inne rozwiązanie instytucjonalne.

Gdyby Stokłosa nie miał "rynkowej" siły (oddziaływania) opartej na mandacie senatorskim i być może innych źródłach (gospodarczych - był/jest w końcu przedsiębiorcą), nie miał by możliwości uchylić się od negocjacji czy uniknąć nakazów czy kar administracyjnych*.

Trochę mi to przypomina sytuację, którą kiedyś opisał na zajęciach na uczelni jeden z wykładowców, gdy do biura zakupów hipermarketu przyszedł przedstawiciel jednej marki soków z ofertą współpracy (zakupu soków przez hipermarket), po czym szef biura podarł ofertę i wyrzucił oferenta. Mimo występowania kosztów transakcyjnych powodujących to, że hipermarket nie pozwoli sobie na produkcję i potrzebuje zatem kontrahentów, może sobie pozwolić na takie potraktowanie "z góry" oferty, które mu nie pasują. 

Obie sytuacje pokazują istnienie problemu nierównowagi sił pomimo występowania kosztów transakcyjnych organizacji w warunkach wyprzedzenia problemu kosztów transakcyjnych (lub problemu efektów zewnętrznych) przez okoliczności (koncentracja siły rynkowej), co uniemożliwia zastosowanie rozwiązań proponowanych przez Coase'a: negocjacji rynkowych lub rozwiązania administracyjnego, pomimo, że prawa własności są w obu przypadkach dobrze zdefiniowane.

*) Oczywiście w powyższej analizie ekonomicznej pominąłem zarzuty i wyrok karny w stosunku do Stokłosy.

Ech ta "wolność" waluty

opublikowane: 17 wrz 2013, 06:30 przez Grzegorz Sobiecki   [ zaktualizowane 19 wrz 2013, 14:29 ]

Kolejny filmik znaleziony w sieci http://www.youtube.com/watch?v=QHa2UUaE4mQ i kolejny komentarz.

Film nie ma dużej wartości poznawczej - ale takich ładnie wyglądających i prosto przedstawiających filmików jest niestety w sieci dużo. Bardzo płytko pokazuje złożone zależności. Ważniejszym problemem od tego, czy płacimy coraz wyższe ceny nominalne (wyrażone w walucie, która podlega z czasem inflacji lub złocie, które podlega mu mniej) jest kwestia cen realnych - czyli czy ilość dóbr i usług (w tym własnej pracy), które dziś musiałbym oddać za garnitur jest mniejsza czy większa niż kiedyś. 

Jeśli prawdą jest*, że w 1908 r. garnitur kosztował 20 USD, a w 2008 r. 800 USD, to trzeba wziąć pod uwagę inflację z tego okresu. Jeśli ceny wszystkich dóbr wzrosły tak samo jak garnitur, to realnie nic się nie zmieniło jeśli chodzi o ilość innych dóbr (z wyjątkiem pracy) które trzeba byłoby oddać aby dostać nowy garnitur. Same ceny jednak nie mówią nawet przeciętnie o tym, jak zmieniała się sytuacja ludności, bo nic jednak nie wiemy o dochodach ludności równym co do wartości dobrom wyprodukowanym w całym kraju (dla uproszczenia pomińmy handel zagraniczny), czyli PKB. 

I tak: nominalny PKB (czyli sumując wartość wyprodukowanych dóbr finalnych w cenach z danego roku) w USA od 1908 do 2008 r. wzrósł ok 484-krotnie, a w przeliczeniu na głowę (PKB per capita) 141-krotnie. Ceny (wg. deflatora PKB czyli wskaźnika zmian cen dóbr wchodzących w skład PKB - taka inflacja, ale nie tylko dóbr konsumpcyjnych) wzrosły 17.5-krotnie, co daje ok 28-krotny wzrost realny PKB, czyli tylo krotnie przybyło w sumie w całych Stanach dóbr, a w przeliczeniu na głowę PKB realny wzrósł ponad 8-krotnie. Oznacza to, że w USA od 1908 r. ludzie wyprodukowali i zakupili a jednocześnie z produkcją i sprzedażą powstaje dochód innych, zatem zarobili przeciętnie tyle, że mogli sobie pozwolić przeciętnie każdy z nich na 8 razy więcej nowych różnych dóbr. Oczywiście analiza jest zbyt uproszczona by wyciągać z niej jakieś głębsze wnioski, bo w grę wchodzą niuanse typu wybór koszyka dóbr do liczenia deflatorów (wskaźników inflacji), a tu mamy przecież zmianę jakościową (stąd autor filmu słusznie w uproszeniu odwołał się do "popularnego modelu Forda" albo "garnitura szytego na miarę", które to dobra dobrze opisują ponadczasowość), do tego kwestia "średniej" (per capita), która nie uwzględnia rozkładu dochodów. Zatem wiedząc, że nominalnie cena garnituru wzrosła 40-krotnie (czyli tyle pieniądza trzeba było oddać) a popularnego modelu Forda 47-krotnie a ilość dochodów per capita (PKB per capita) nominalnie wzrosła 141-krotnie, to widać, że ludziom (przeciętnie!) się realnie rzecz biorąc sytuacja poprawiła jeśli chodzi o dostępność garniturów na miarę.

Wracając do głównego wątku, dla konsumenta i pracownika nie ma zatem dużego znaczenia, czy w systemie finansowym panuje reżim inflacyjny (na który do pamfletem m.in. ma być filmik), czy nie, czy pieniądz jest kontrolowany przez państwo przy firmy prywatne, bo jeśli w długim okresie ceny wzrosną wiele razy, to po pierwsze wcale te wzrostu nie musimy zauważyć. CAGR, czyli średnioroczny wzrost bieżącej ceny garnituru między 1908 a 2008 r. wyniósł 3.76% przy cenach pozostałych dóbr - wg deflatora PKB - ok 2.9% rocznie, czyli przeciętnie na tydzień odpowiednio 0.07% i 0.05%. Tyle tygodniowo traci na wartości pojedynczy dolar. Ale problem ten znika natychmiastowo, gdy średnio na ok 3% rocznie wpłacimy środki finansowe na konto oszczędnościowe.. Jak zwraca uwagę autor, jest to waluta kontrolowana przez państwo, więc nie dzieje się obywatelom najgorzej, skoro Fed jest w stanie utrzymać inflację w ryzach. Bo właśnie w tym jest największy problem - aby utrzymać inflację w pewnych granicach, czyli nie za dużo i nie za mało. O deflacji i jej realnych - czyli ingerujących w zatrudnienie, ilość produkowanych dóbr - PKB w wyrażeniu realnym (sic!) negatywnych skutkach można się dowiedzieć na wykładach m.in. z polityki pieniężnej czy nawet podstaw ekonomii. Podobnie negatywne skutki realne może mieć zbyt wysoka inflacja. Ale inflacja umiarkowana oprócz oczywistych zmian nominalnych (wzrost cen, wartości dóbr i dochodów) nie tylko nie ma przeważnie żadnych negatywnych skutków realnych, ale może mieć też pozytywne skutki realne i umożliwia automatyczną regulację na rynkach. Do tego, pieniądz kontrolowany przez banki centralne kreowany w systemie bankowym, a zatem pieniądz kredytowy jest tak samo dobry, jeśli nie lepszy (bo elastyczniejszy) niż złoto. Bank centralny mający za cel kontrolę inflacji, wiedząc że w stabilnej pod tym względem gospodarce produkcja przebiega płynniej ma do dyspozycji więcej narzędzi: zarówno nierynkowych (stopy procentowe, rezerwy obowiązkowe, interwencje walutowe), jak i rynkowych (operacje otwartego rynku), przy czym najczęściej bo regularnie niemal codziennie albo co tydzień korzysta z tych drugich.

Historyczne zaufanie do złota a mniejsze do pieniądza państwowego (wśród osób, które się na ten temat wypowiadają - nie znam badań na temat zaufania do pieniądza) nie jest poparte danymi. Nawet jeśli, patrząc retrospektywnie, złoto jako środek wymiany nie byłoby inflacyjnym reżimem pieniężnym (ceny w złocie jak podaje autor filmiku w zasadzie nie rosną), to po pierwsze nie zmienia to faktu podanego wcześniej, że ludziom się realnie rzecz biorąc sytuacja poprawiła jeśli chodzi o dostępność garniturów na miarę, bo dla ludzi bardziej jest istotne ile musi pracować na garnitur, niż jaki pieniądz dostanie za pracę i jakim pieniądzem zapłaci za garnitur. Pieniądz jest "tylko" środkiem wymiany, choć często też środkiem gromadzenia i wyrażania wartości. Trzymając przez lata 1 uncję złota, które nie zepsułoby się, w 2008r. moglibyśmy kupić garnitur na miarę lub większą ilość innych dóbr niż w 1908r., jako że ich ceny wzrosły mniej niż garnituru. Jednak takie leżące złoto nie "pracuje" i choć nie traci realnie na wartości (co jest związane z jego ograniczoną ilością i fizycznymi trudnościami wydobycia kolejnych kilogramów) to nie przynosi także zysku. Pod warunkiem, że będziemy obracali ZŁOTEM, a nie zapisami księgowymi u prywatnych podmiotów, które będą dla nas przechowywali złoto (e-gold czy Bulionvault i inne) - którego możemy nigdy nie widzieć. Zresztą taka forma pieniądza (złoto albo złoto w depozycie) wcale nie wyklucza kreacji pieniądza, bo nie wyklucza istnienia instytucji kredytu. Każdy kredyt to kreacja pieniądza bo tworzy parę należność-zobowiązanie.

EDIT (2013.09.19): Ze złotem wiążą się jeszcze problemy nie mniejszej wagi niż z pieniądzem kredytowym - tu także może powstawać "kreacja złota" - "kredytowego złota". Różnica polega na tym, że gdy pieniądz kredytowy może być zabezpieczony centralnie przez bank centralny (w razie szturmu na banki bank centralny zawsze może - choć oczywiście nie musi - pożyczyć brakującą gotówkę). Brakującego złota, które zamiast bezczynnie leżeć w skarbcu - jest pożyczone innym przez właściciela skarbca i "zarabia", po które się zgłaszają klienci nie da się jednak odzyskać. Ciekawy artykulik o tym: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Zagadka-swiata-finansow-cena-zlota-2930430.html

Osobiście uważam, że ryzyko związane z taką wymianą i przekazaniem środków finansowych w dowolnej formie, czy choćby nie wspomnianym w filmiku odpowiedzialności za drukowanie pieniądza, niekontrolowanym państwowo prywatnym podmiotom może być znacznie większe niż w przypadku kontroli państwowej. Przykłady można znaleźć w historii dawniejszej: „(…) w czasach wojny domowej amerykański system monetarny był najbardziej zawikłany – nie miał sobie podobnego w długiej historii handlu i związanej z nim ludzkiej zachłanności. (…) Ocenia się, że w obiegu znajdowało się w mniejszych lub większych ilościach około 7000 różnych rodzajów banknotów. Zostały one wypuszczone przez około 1600 różnych i czasem upadłych już banków stanowych. Ponieważ papier i druk były tanie, a prawo emitowania banknotów było bronione jako jedno z praw człowieka, również poszczególne jednostki podejmowały taką działalność na własny rachunek. Ocenia się, że było wówczas w obiegu 5000 fałszywych emisji. Nikt nie mógł prowadzić większych interesów bez aktualnego przewodnika, podającego różnice między rzetelnymi banknotami a gorszymi, emitowanymi przez nieistniejące już banki, czy też fałszywymi. »Bank Note Reporter« i »Counterfeit Detector« były podstawową lekturą w każdym znaczniejszym przedsiębiorstwie.”. /„Pieniądz. Pochodzenie i losy”, J. K. Galbraith, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Warszawa 2011 [pierwsze wydanie 1975], s. 69-72/  Także historia, która się tworzy dostarcza przykładów. Wspomniany prze autora quazi-pieniądz Bitcoin, ostatnio został zaakceptowany w Niemczech przez ministerstwo finansów (nie bank centralny!) jako "finansowy instrument" podlegający niemieckiemu prawu bankowemu tylko po to, by móc ściągać podatki z płatności tym instrumentem. BTC jako środek wymiany jest wyjątkowo niestabilny i podlegający zmiennym wiatrom wiejącym na rynkach finansowych geeków (wciąż nie znany szerszej "publiczności") z niedużym kapitałem. Jego charakterystyka bardziej pasuje do nietypowych instrumentów finansowych czy po prostu elektronicznych dóbr, którymi mogą pobawić się mali-inwestorzy. Zwracam uwagę, że policzenie inflacji w reżimie bitcoina jest praktycznie nie możliwe, bo liczenie inflacji wymaga nie tylko znajomości cen dóbr wyrażonych w BTC (do większości których dostęp jest), ale też ilości dóbr zakupionych przez konsumentów z wykorzystaniem BTC. Wartości sprzedaży wyrażone w BTC lub ilości sprzedanych dóbr i usług stanowią bowiem wagi w zależności od tego, jaki wybierzemy indeks cen. Dlatego trudno też oceniać cały ten "system pieniężny".

Żeby było jasne: moja teza nie wskazuje na konkretną postać (papierowa, towarowa: złoto, elektroniczna, kredytowa) i czy formę kontroli pieniądza (prywatna, państwowa), raczej na to, że postać pieniądza nie ma ostatecznie dużego znaczenia dla konsumenta dopóty, dopóki konsumenci nie odczuwają realnych skutków używania jednego czy drugiego instrumentu jako pośrednika w wymianie między własną pracą a dobrami, które zaspokajają jego potrzeby, w tym inwestycjami. Kończąc, „pieniądz to nie metal, to kredyt zaufania. Nie ważne, jaką postać przyjmie: papieru, srebra, gliny czy wydruku na monitorze, pod warunkiem, że odbiorca da im wiarę." / Finansowa Historia Świata, BBC, cz. 1 http://www.youtube.com/watch?v=5fctN1U2sJo  (11:30) / a fakty wskazują, że jednak większość ludzi daje wiarę istniejącym formom pieniądza. Może lepiej zatem opowiedzieć się za lepszą komunikacją między obywatelami-konsumentami i państwem, które ma za zadanie kontrolować pieniądz (a dokładniej jego wartość, co się przekłada najczęściej na jakiś bezpośredni cel inflacyjny banku centralnego) i udoskonalaniem tych istniejących form oficjalnego pieniądza? Np. wzorem kanadyjski bank centralny - jakiś czas temu mówiło się że chce opracować oficjalną elektroniczną kryptograficzną wersję pieniądza - odpowiadającego na wiele potrzeb stojących za utworzeniem Bitcoina, który można byłoby przenosić na pendrive-ach czy w kartach chipowych czy trzymać na dysku komputera.

Zmiana systemu finansowego wiązałaby się z ogromnymi kosztami i wieloma ryzykami. Zresztą, jeśli znajdą się dwie osoby, z których jedna chce kupić garnitur i zapłacić muszelkami, a druga zechce muszelki przyjąć jako zapłatę - czy nie jest to możliwe już dziś? Jeśli jest to jako pewnego rodzaju barter. Można jednak zawsze zrobić tak ja w Niemczech, gdzie ministerstwo finansów oficjalnie dopuściło do transakcji z wykorzystaniem alternatywnych "instrumentów finansowych" (dokładnie Rechnungseinheit, czyli jednostka rozliczeniowa, http://www.theguardian.com/technology/2013/aug/19/bitcoin-unit-of-account-germany) pod warunkiem rejestrowania tych transakcji i wyrażenia wartości w pieniądzu oficjalnym do celów rozliczeń podatkowych (choć bank centralny nie uznał BTC jako oficjalny środek płatniczy!)

*) Autor nie podał źródeł informacji, a wychodzi na to, że podał błędną informację. Ceny złota w USD wzrosły od 1908r. 83-krotnie, więc jeśli cena garnituru w USD wzrosła 40-krotnie, to w 2008r. za ilość złota odpowiadającą jednemu garniturowi w 1908r. (wg World Gold Council w 1908r. uncja złota kosztowała ok 19 USD, a zwykły garnitur ok 8-15 USD, więc szyty na miartę mógł kosztować ok 19-20 USD) powinniśmy kupić 2 garnitury w 2008r.

Dane na podstawie:



Teorie ekonomii religii

opublikowane: 9 kwi 2013, 09:19 przez Grzegorz Sobiecki

Przeglądając sieć natrafiłem na pracę licencjacką "Ekonomia religii. Sobór Watykański II w świetle 
teorii ekonomicznych" Pana Michała Roberta Góry bronioną na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu w Warszawie napisaną pod kierunkiem dr Michała Brzezińskiego w sierpniu 2012r., zatem całkiem niedawno.

http://coin.wne.uw.edu.pl/mbrzezinski/teaching/sdr/2400-LIC-EP-171006.pdf

Jako, że praca jest bardzo blisko "granicy" ekonomii, czasem wykraczając poza nią, mój komentarz również nieco poza ekonomię wykroczy.

Przyznam, że mnie zaskoczyła ta praca z jednej strony (nie byłem świadom, że od czasów Smitha istnieje taki odłam ekonomii alternatywnej), ale jednocześnie utwierdziła w przekonaniu, że ekonomia w swej ogólności jest nauką od różnego rodzaju dobrach i wartości, a naukową metodę ekonomii można stosować także w nietypowych przypadkach.

Praca zawiera ciekawe teoretyczne rozważania, zawierające wiele faktów i spojrzenia "neutralnego światopoglądowo". Nietypowe jest odnoszenie się do Kościoła Katolickiego jako podmiotu "produkującego" "usługi duchowe", określanie go monopolem czy oligopolem na "rynku usług duchowych"

Niestety jednocześnie muszę stwierdzić, że wiele wyjaśnień logicznych jest sprzecznych z ideą religii, szczególnie chrześcijaństwa, a także metoda naukowa nie została zastosowana (czy dokładniej: w pracach, do których autor się odwołuje) precyzyjnie, a ważne kwestie pozostały bardzo płytko potraktowane. Przy jednej pragnę się zatrzymać.

Pomijając, że wszystkie religie zostały wrzucone do jednego worka, przyczepiłbym się do założeń. Autor odnosi się do dwóch dwóch wiar: wiary w magię i wiary religijnej, przy czym w przypadku "wiary w magię" do tego samego worka wrzucona jest magia typu: igranie ze Złem, opętania, jak i wiara w cuda czy objawienia, które to "magie" są moralnie przeciwstawne. "Wiarę w magię" przedstawia jako jedyną z tych dwóch, która jest falsyfikowalna (weryfikowalną) empirycznie - zatem wiedza jej dotycząca może być określana jako naukowa, gdyż wiedza związana z drugim rodzajem druga jest jedynie "kwestią wiary". Jednocześnie autor automatycznie stwierdza, że "wiara w magię" jest ("racjonalnie") zweryfikowana fałszywie, czyli, że "cudów nie ma" - autor stwierdził, że nie zna potwierdzonych przypadków, które by weryfikowały pozytywnie tę kwestię. Zignorował tym samym mniej lub bardziej wiarygodne doniesienia i relacje w historii ludzkości i wszystkich religii o działaniach ponadnaturalnych sił, których na gruncie "czystej" nauki nie da się wyjaśnić, a w samym chrześcijaństwie: o działaniach złych duchów, jak i objawieniach, cudach (czasem takich, które jednocześnie dotyczyły tysięcy osób). Nawet, jeśli podnieść kontrargument, że większość cudów, także tych zatwierdzonych przez Kościół np. w procesach beatyfikacyjnych, jest opartych na relacjach, zatem subiektywnych odczuciach - autor mógł się przynajmniej odnieść do tego. Nie dyskutuję tu o prawdziwości cudów, ale istnieją sposoby, aby osobiście się przekonać o istnieniu sił, których nie jesteśmy w stanie wyjaśnić na gruncie nauki, np. udając się na rozmowę z księdzem egzorcystą.

Zbyt łatwo człowiek - czy to naukowiec, czy nie - dopóki nie spotka się osobiście (jak osoba z drugą osobą) z siłami wyższymi albo nie odnajdzie ich w swoim życiu, zakłada, że one nie istnieją, zapominając o logicznym wnioskowaniu: całkowitego, uniwersalnego nieistnienia sił ponadprzyrodzonych nie jesteśmy w stanie udowodnić naukowo. Jesteśmy jedynie w stanie.. próbować wnioskować, zastosowawszy rzetelnie i kompleksowo metodę naukową, o wyjaśnieniu danego przypadku siłami naturalnymi (tzn. nieistnieniu w danym przypadku sił ponadprzyrodzonych). Określenie "rzetelne" jest tu bardzo na miejscu, mimo, że wiąże się z uznaniem procesu jako niejednoznacznego. Faktycznie, na gruncie nauk społecznych, a do takich ekonomia jest zaliczana, gdyż analizuje zachowania ludzi, i zjawisk, za którymi zawsze oni stoją, a nie bezosobowych obiektów, bez woli i kreatywności (nie mylić z losowością), trudno mówić o wiedzy całkowicie pewnej, choć niektóre wg przedstawicieli podejścia nomonologiczno-teoretycznego w gospodarce istnieją obiektywne prawidłowości, a nauka jest procesem dochodzenia do nich, niemniej jednak w danym momencie wiedza wyjaśniająca procesy i zjawiska (a także umożliwiająca prognozowanie) jest ograniczona i niepełna.

Zresztą taką kolejność stosuje się właśnie w przypadku rozpoznania u katolickiego egzorcysty zniewolenia duchowego, opętania demonicznego albo zatwierdzanie przez Kościół cudów - najpierw wyklucza się wszelkie możliwości naturalne (medyczne, psychologiczne, psychiatryczne, fizyczne) wyjaśniające dane zachowanie, a dopiero na samym końcu, po rzetelnym sprawdzeniu wszelkich znanych wyjaśnień, gdy można stwierdzi, że istniejąca wiedza i stan nauki nie pozwala wyjaśnić danego zachowania człowieka, zachowania się jego ciała czy zjawiska, przechodzi się do "właściwego" badania, a nie automatycznie stwierdza, że coś zaistniało albo że to co zaistniało jest faktycznym cudem. Nauka klasyczna często w tym momencie stwierdza, że wyjaśnienie jest poza jej aktualnymi możliwościami (co nie znaczy, że w przyszłości nie stanie się możliwe do wyjaśnienia). Jednak niekiedy powstają w Kościele potrzeby aby stwierdzić prawdziwość ponadnaturalnego zjawiska (cudu, objawienia, działania złego ducha) bez czekania na rozwój wiedzy i metody naukowej, czy precyzyjniej: uprawdopodobnić je (całkowitą pewność wierzący uzyskują po śmierci).

Stąd w przypadku cudów pozytywna weryfikacja następuje "po ich owocach" - po odpowiednio długim czasie występowania w istocie dobrych skutków. Nie mylić należy tego z "pozytywnymi" skutkami ani też z tymi, które przez niektórych mogą być postrzegane jako złe. Rozpoznanie i dopuszczenie, że coś co wygląda na złe, a może być dobre w istocie wymaga odwołania się do autorytetu Kościoła w tym względzie - i jest jednocześnie nieobalonym argumentem niewierzących w ten autorytet, choć jeszcze nie dowodem, za tym, że weryfikacja jest subiektywna, zatem nie prawdziwa z naukowego punktu widzenia. Choć i w przypadku tych pozornych albo czasowych negatywnych (nie znaczy złych!) skutków można stosować zasadę "po owocach", wydłużając jednocześnie czas weryfikacji.

Sposób rozpatrywania dobra czy rzeczywistości cudu "po owocach" jest logiczny (*). Wskazuje, że z całą pewnością można stwierdzić jedynie, że z prawdziwej przesłanki / dobrej (logiczna wartość 1) nie można wyciągnąć fałszywego wniosku / otrzymać złych owoców (logiczna wartość 0). Inaczej: stwierdzenie, że z czegoś dobrego (prawdziwego "cudu") wynika coś złego jest fałszywe (złe). Dlatego też potrzebny jest i tutaj wystarczająco długi czas oczekiwania na zmaterializowanie się jakiegokolwiek ponad wszelką wątpliwość ocenionego jako złego (w swojej istocie) skutku, który by jednoznacznie potwierdziło, że przesłanka (badanie zjawisko) jest zła / prawdziwa.

W przypadku egzorcyzmów - np. po reakcjach na określone symbole (także ukryte) - zachowaniach ponad wszelką wątpliwość nie możliwych bez działania egzogenicznych sił (np mówienie wieloma językami, choć się nigdy ich nie uczyło, w tym wymarłymi językami, wiedza o szczegółach życia kapłana). 

Jak na teoretyczną analizę z zastosowaniem naukowych metod ekonomicznych, automatyczne odrzucenie "wiary w magię" jako niepotwierdzonej empirycznie (niewiedza?) trochę obniżyło pracę, tym bardziej, że inne nietypowe "dobra" są analizowane dalej, jak "nagroda po śmierci" na "rynku religijnym".

Cała logika (choć nieco rozmyta) dość mocno brnie do przodu i wychodzą z tego "kwiatki" typu: rynek religijny powinien dążyć do państwowego monopolu, bo sam fakt istnienia wielu religii zwiększa koszt (alternatywny) przynależności do jednej z nich i tym samym uniwersalizuje herezję.."zaprzeczając kwintesencji wiary". Albo wyjaśnienie, że Kościół Katolicki bym kiedyś monopolem, a gdy powstały odłamy protestanckie powstała konkurencja o "rzędy dusz", czy "klientów" (której to formy używa autor), dyskryminacja cenowa ("co łaska"). Albo że za wysokim zaangażowaniem religijnym w USA stać może konkurencja na rynku dóbr duchowych. Albo stwierdzenia, jakoby przyznawanie zbawienia czy nie należało do Kościoła i jego polityki. Po macoszemu potraktowany jest stosunek Kościoła do modernizmu i jego sens.

Ale wracając do pierwszej oceny - warto przeczytać. Dla poszerzenia horyzontów.


(*) Bez dłuższego wywodu można przyjąć, że zło będzie tożsame z fałszem a dobro z prawdą, łatwo bowiem uświadomić sobie, że w złych intencjach posługujemy się zarówno prawdziwymi stwierdzeniami, jak i fałszywymi dla wprowadzenia zamętu, a w dobrych intencjach będziemy posługiwać się wyłącznie tymi stwierdzeniami, które w naszej ocenie są prawdziwe, a nigdy fałszywymi, zatem:  
wartość logiczna zdania (zło => fałsz): PRAWDA
wartość logiczna zdania (zło => prawda): PRAWDA
wartość logiczna zdania (dobro => prawda): PRAWDA
wartość logiczna zdania (dobro => fałsz): FAŁSZ
co odpowiada dokładnie rachunkowi zdań logicznych, zatem umożliwia utożsamienie zła z fałszem, a dobra z prawdą.

O decyzjach ekonomicznych

opublikowane: 4 lis 2012, 06:01 przez Grzegorz Sobiecki

Ekonomia jest nauką o gospodarowaniu, czyli o decyzjach ekonomicznych.

Decyzje ekonomiczne w wąskim zakresie to decyzje o tym, co?, jak? dla kogo? produkować, rozdysponować? - zatem w ujęciu gospodarczym. Jej przedmiotem jest zatem gospodarka w różnych skalach (w różnych punktów widzenia). W szerszym kontekście ekonomiczne decyzje mogą dotyczyć wyborów wszelkich wartości.

Decyzje ekonomiczne bazują na rachunku bezwzględnym - decydujemy o tym co, jak i dla kogo produkować wymieniając ilość, osoby, grupy, ile będzie kosztować określona produkcja i ile zarobimy - decydujemy zatem o pewnych POZIOMACH zmiennych w umownych (waluta, sztuki, waga) albo doświadczalnie określonych jednostkach (różne parametry), a każda z nich - a także różne ich kombinacje dają różną wartość, ale nie jesteśmy w stanie określić, jaką wartość mają te zmienne (czy koszt, zysk, przychód, cena 1000zł, czy ilość produkcji 1000 to dużo czy mało?). Sam rachunek bezwzględny oparty na empirii i konwencjach zatem nie wystarcza. Dlatego...

...decyzje ekonomiczne wiążą się także z rachunkiem relatywistycznym. Gdy już mamy  określone bezwzględnie zmienne - chcemy wiedzieć, co zrobić (jak je modyfikować procesy, koszty, jakie decyzje dotyczące bezwzględnych wartości podejmować), aby wiedzieć, czy podejmujemy NAJLEPSZĄ decyzję (optymalną) - czyli wiedzieć, jaką one mają WARTOŚĆ? Porównujemy zatem z alternatywnymi opcjami. Wartościujemy (przypisujemy wartość) poziomy zmiennych w porównaniu z innymi, czyli określamy, które warianty są korzystniejsze (bardziej wartościowe) które mniej korzystne. Robimy to na podstawie własnych, często subiektywnych, wewnętrznych - opartych jak w rachunku bezwzględnym - intuicjach, z których wynikają nasze cele, założenia. Zawsze w rachunku ekonomicznym potrzebne jest jakieś odniesienie (porównanie), inaczej rachunek ten jest zawieszony "w próżni". W praktyce rachunku ekonomicznego wystarczają odniesienia do kilku znanych szczegółowych wariantów.

Rachunek taki, biorący pod uwagę wyłącznie "bliskie" alternatywy jest wartościowaniem relatywistycznym (nie absolutnym ani uniwersalnym), zatem niepełnym. W rezultacie może się w którymś momencie załamać - albo gdy "zakleszczy" się w sobie, stanowiąc ekonomiczne perpetuum mobile czy też dążąc do samozniszczenia (zniszczenia podmiotu decydującego), albo takie decyzje ograniczone ekonomicznie zagregowane do ogólniejszego poziomu będą rodziły sprzeczności i konflikty decyzyjne, niemożliwe do optymalizacji. Wartościowanie takie może zagwarantować optymalność decyzji (jeśli tylko jest przeprowadzone racjonalnie), ale w ograniczonym zakresie - zapewni najlepsze z rozpatrywanych (wybranych) wariantów ekonomicznych decyzji. Te pragmatyczne podejście często jest najszybszym sposobem podejmowania decyzji i wydaje się być najlepszym (obracając się we w miarę niesprzecznym wewnętrznie i zewnętrznie systemie takiego relatywistycznego wartościowania wydają się być spełnione wręcz cechy uniwersalności czy nawet absolutności), jednak nie są uniwersalne ani absolutne, bo żaden wariant nie został zakotwiczony w trwałym fundamencie (z punktu widzenia ziemi - słońce krąży wokół niej, dopiero zakotwiczając punkt widzenia w bardziej trwałym "miejscu" - układzie gwiazd można empirycznie stwierdzić, że jest odwrotnie).

Dlatego dla decyzji w pełni ekonomicznych (uniwersalnie, absolutnie ekonomicznych), ale nie oderwanych od rzeczywistości empirycznej potrzebne jest jakieś odwołanie trwałe, stabilne, pewne, możliwie pełne - silny fundament; porównanie z takim alternatywnym wariantem, który umożliwi ukazanie pełni wartości rozważanego wariantu. Jeśli w szczegółowych decyzjach ekonomicznych brany jest pod uwagę taki trwały fundament, nie będą one wchodziły w nieskończone kręgi decyzyjne - ciągi wzajemnie zależnych decyzji (A -> B -> C-> A->...), nie będą dążyły w takich spiralach do samozniszczenia, a zagregowane nie będą wzajemnie sprzeczne. Absolutny i uniwersalny fundament gwarantuje najlepsze ze wszystkich możliwych ekonomiczne decyzje. Jego brak, nawet w najbardziej złożonym, logicznym (racjonalnym) i profesjonalnie przeprowadzonym procesie optymalizacji decyzji ekonomicznych (=> wartościowaniu wariantów decyzyjnych) może spowodować zapaść całego systemu.

Warto zauważyć, że "załamanie", "zapaść", "sprzeczność", "wzajemna zależność" w nieskończonych kręgach decyzyjnych, "samozniszczenie" są również wartościowane intuicyjnie przez autora. Łatwo sobie wyobrazić system decyzji, w których to, co autor określa jako "zapaść" - będzie wewnątrz tego systemu rozumiane jako "sukces" (np. wdrapanie się po drabinie kariery na szczyt - "po trupach"; czy też rozdźwięk między bogatymi a biednymi w warunkach dużych możliwości szybkiego rozwoju bogatych i bezsilności biednych).

Skąd wziąć albo jak dość do twardych fundamentów? To już wychodzi poza czyste zainteresowanie ekonomii. Ale wnioskując logicznie, taki fundament może być dany transcendentnie ("ponadnaturalnie", odgórnie), albo może być zaobserwowany empirycznie - trwałe odwołania mają to do siebie, że... się nie zmieniają, nie wahają, są niesprzeczne i dotychczas nie zawodziły (nie powodowały wewnętrznych sprzeczności między decyzjami, ani nie prowadziły do zniszczenia podmiotów decyzyjnych) tych, którzy się do nich odwoływali przy decyzjach ekonomicznych. Takimi ogólnymi fundamentami mogą być zatem historia (nie WIEDZA o historii, ale fakty "dokonane"), tradycja, instytucje, w tym prawo (podstawy prawa), różne religie - choć doświadczenie empiryczne w przypadku każdej z nich pokazuje, że nie spełniają one wszystkich cech idealnego fundamentu dla w pełni ekonomicznych* decyzji. 

Wydaje się, że problem decyzji ekonomicznych (a zatem i przedmiotu ekonomii) będzie nierozwiązany teoretycznie dla tych, którzy nie zaakceptują transcendentalnych źródeł najtrwalszych fundamentów - źródeł pochodzących spoza systemu empirii i intuicji. Warto przy tym pamiętać, że takie źródła w niniejszym rozumowaniu stanowią warunek konieczny, ale nie wystarczający - to znaczy, że nie każde źródło określane jako transcendentne może budować trwałe odwołanie. Warunkiem wystarczającym jest tu zachowanie wymienionych wcześniej cech - doświadczalnych historycznie trwałości, spójności i niesprzeczności wewnętrznej: w ekosystemie decyzji opartych na tym fundamencie (mogą one wszak być sprzeczne z decyzjami opartymi na innych relacjach albo tylko w części odwołujące się do tego fundamentu lub do decyzji na nim zbudowanych) i zewnętrznie: z wiedzą pochodzącą z empirii (przy czym zachowując ostrożność i rozwagę w ocenie tej zewnętrznej niesprzeczności ze względu na niedoskonały ludzki aparat i narzędzia rejestrujące zdarzenia empiryczne).

Warto pamiętać, że cały powyższy rachunek ekonomiczny absolutny i relatywistyczny z ekonomią normatywną wiąże się tylko w zakresie wartościowania relatywistycznego w oparciu o "bliskie" alternatywy, choć w istocie (zgodnie z przyjmowaną definicją stwierdzeń ekonomii normatywnej) nawet tutaj określamy optima na podstawie "twardych" danych empirycznych, ale nie "wartościujemy" tego w sensie normatywnym - nie stwierdzamy "jak powinno być" - takie stwierdzenia są subiektywne: można się z nimi zgadzać lub nie, ale nie można udowodnić (=> Gilotyna Hume'a).

*) mowa tu o decyzjach ekonomicznych (czyli decyzjach w dziedzinie ekonomii), a nie o decyzjach racjonalnych - które z definicji są oparte na logicznym, niesprzecznym wnioskowaniu człowieka.

Leki tańsze bo… nierefundowane

opublikowane: 26 wrz 2012, 17:04 przez Grzegorz Sobiecki   [ zaktualizowane 26 wrz 2012, 17:04 ]

Znalezione w sieci:
http://www.pch24.pl/leki-tansze-bo-nierefundowane,4920,i.html

Singulair, doustny lek przeciw astmie. "Wcześniej kosztował 115 zł. Wcześniej NFZ refundował częściowo ten lek i wówczas pacjent musiał za niego zapłacić ok. 40 zł. Ministerstwo Zdrowia, tworząc nową listę refundacyjną, oczekiwało od producenta leku, że obniży cenę. Ten się jednak nie zgodził. Został on więc wykreślony z listy refundacyjnej i obecnie kosztuje… 24 zł, a w jednej z aptek w Tarnowie można go kupić nawet za 8 zł (sic!). Co jest powodem takiej gwałtownej obniżki cen nierefundowanych leków? Koncerny farmaceutyczne zostały do tego zmuszone, by ich produkty mogły podjąć skuteczną konkurencję z tymi lekami, które są refundowane przez NFZ."


No cóż prawda to. Ale można to też wyjaśnić w inny równie prosty sposób bez potrzeby odwoływania się do konkurencji. Rzućmy okiem na wykres po prawej. Refundowany lek kosztował dla klientów 40, a producent dostawał 115. Biorąc dany popyt (na ten konkretny lek, posiadający substytuty - producent jest na rynku konkurencji monopolistycznej i styka się z opadającą krzywą popytu - co zapewne nie jest dalekie od prawdy) cena 40 wyznaczała określone zapotrzebowanie na lek - gdyby nie było konkurencji, popyt zapewne byłby bardziej sztywny, w końcu to lek na poważną, długotrwałą chorobę. Całkowicie z leku można zrezygnować albo gdy są bliskie substytuty albo mała "niezbędność" - czyli zapewne w niewielkiej ilości łagodniejszych przypadków. Nie wchodząc w szczegóły medyczne, producent osiągał zatem przychód reprezentowany przez pole prostokąta ABHI. Co się stało, gdy obcięto refundację? Po cenie 115 nie było chętnych na leki (klienci przeszli na substytuty). Co może zrobić producent? Obniżyć cenę. Jednak obniżka do 40 nie da mu maksymalnego zysku (optymalizacja zysku w przypadku kosztów krańcowych bliskich zera jest tożsama z maksymalizacją utargu). Będąc w elastycznej części krzywej popytu może.. obniżyć cenę, aby zwiększyć swój utarg całkowity i zysk.. Proste.


Choć nie wyjaśnia, dlaczego producent nie chciał obniżyć rynkowej ceny gdy lek był refundowany. Może poprzednia cena była optymalna, a dopiero szum medialny wokół refundacji przesunął i uelastycznił popyt (klienci stali się bardziej wymagający) i optimum przesunęło się w prawo.. Trudno ocenić. 

Ile czasu trzeba pracować na piwo? Trochę o PPP.

opublikowane: 25 wrz 2012, 17:51 przez Grzegorz Sobiecki   [ zaktualizowane 15 paź 2012, 01:39 ]

Od 1986 roku branżowy (biznesowy) The Economist publikuje nieformalny wskaźnik pomiaru parytetu siły nabywczej Big Mac Index (http://www.economist.com/topics/big-mac-index) oraz różne krótkie analizy z nim związane (http://www.economist.com/blogs/dailychart/2011/07/big-mac-index). Oprócz indeksu Big Maca w 2004 roku The Economist zaprezentowało także podobny Starbucks tall latte index (http://www.economist.com/node/2361072)

Niedawno podjęli się innej ciekawej, choć nie będącej stricte naukową, analizy czasu, który trzeba pracować w różnych krajach, aby stać było nas na piwo (http://www.economist.com/blogs/graphicdetail/2012/09/daily-chart-13). Zatem taki Piwo Index czasowego parytetu siły nabywczej :) - uwzględnia zatem nie tylko koszt piwa sprowadzony do jednej waluty (USD), ale także medianę krajowej płacy (połowa osób zarabia mniej, połowa więcej niż ta wartość) oraz średni czas pracy aby osiągnąć taką płacę i dzięki analitykom ze szwajcarskiego banku UBS policzyli. Dokładniej statystyka pokazuje cenę detaliczną podzieloną przez medianę stawki godzinowej płacy.

Dla Polski wartość jest poniżej średniej: ok 12 minut przy cenie 1.75 USD za 0.5l piwa (czyli: albo się nie przepracowujemy albo mamy tanie piwo albo dużo zarabiamy :)) Cena naszego piwa jest gdzieś po środku stawki (ceny od 0.54 USD do 4.15 USD, średnia 1.95 USD, mediana 1.73 USD). Statystyk płac nie podali, ale zapewne też gdzieś w środku. Wniosek się nasuwa sam... :)

Pierwsze trzy miejsca: USA (ok. 5 minut przy cenie 1.8 USD), Czechy (ok. 7 minut przy 1.25 USD) oraz Niemcy (ok. 7.5 min przy 1.9 USD). Najgorzej wypadły Indie (54 minuty mimo ceny 1.4 USD), Filipiny (ok 38 minut mimo 1.15 USD) oraz Kolumbia (ok 37 minut przy cenie 2.75 USD). Nie pozazdrościć...   

Takich cenowych wskaźników jest więcej.
Oficjalne współczynniki parytetu siły nabywczej (PPP) podają m.in. OECD (http://stats.oecd.org/Index.aspx?datasetcode=SNA_TABLE4). PPP pokazuje relację przeciętnych poziomów cen dóbr pomiędzy krajami. A konkretniej - cen danego kraju wyrażonych w walucie krajowej względem cen w Stanach Zjednoczonych wyrażonych w USD. Porównanie dwóch wybranych krajów można na tej podstawie łatwo obliczyć. Dla dóbr wchodzących w skład PKB w przypadku Polski współczynnik względem USD ten wynosi 1.87 (2011 rok) a  i nieznacznie wzrósł w ostatnich latach. Oznacza to, że przeciętnie biorąc koszyk dóbr kosztujący w USA 1 USD, w Polsce będzie kosztował 1.87 PLN - czyli przy kursie walutowym 3.2 PLN za USD => 0.58 USD. Na przykład, cheesburger w Stanach Zjednoczonych, który kosztuje tam 2 USD ~ 6.4 PLN a w Polsce wg danych PPP ok  4.1 PLN. Dla amerykanów "cheeseburger" w Polsce jest zatem o 36% tańszy... Zgodnie z teorią jednej ceny, powinni zatem jechać do nas masowo po niego. Napływ zagranicznego popytu zwiększy cenę waluty. Na marginesie: na teorii jednej ceny oparta jest teoria ceny arbitrażowej, której autorem jest prof. Stephen A. Ross, jeden z kandydatów do Nobla 2012. Oznacza to, że Dolar w Stanach jest przewartościowany, a złotówka jest niedowartościowana. Można to stwierdzić patrząc bezpośrednio na oba kursy (PPP też jest swego rodzaju  kursem walutowym). Jak wskazują dane, że złotówka jest jedną z najbardziej niedowartościowanych walut na świecie. Nawet Chiński Yuan jest mniej niedowartościowany.

Country USD/PPP Currency USD/currency* Difference
Turkey 1,00 Turkish Lira 1,79 78%
Russian Federation 18,10 Russian Ruble 31,19 72%
Poland 1,87 Polish Zloty 3,21 72%
Hungary 130,66 Hungarian Forint 220,64 69%
Mexico 8,19 Mexican Peso 12,87 57%
South Africa 5,33 South African Rand 8,23 54%
China 4,17 Chinese Yuan Renminbi 6,31 51%
Slovak Republic 0,53 Euro 0,78 47%
Estonia 0,54 Euro 0,78 43%
Czech Republic 13,87 Czech Koruna 19,32 39%
Korea 821,46 South Korean Won 1120,66 36%
Portugal 0,63 Euro 0,78 22%
Slovenia 0,63 Euro 0,78 22%
Chile 402,19 Chilean Peso 470,25 17%
Austria 0,85 Australian Dollar 0,97 14%
Greece 0,71 Euro 0,78 10%
Spain 0,72 Euro 0,78 8%
Italy 0,79 Euro 0,78 -2%
Israel 4,02 Israeli Shekel 3,91 -3%
Euro area (17 countries) 0,80 Euro 0,78 -3%
Germany 0,80 Euro 0,78 -3%
Ireland 0,84 Euro 0,78 -8%
Netherlands 0,84 Euro 0,78 -8%
United Kingdom 0,68 British Pound 0,62 -9%
Belgium 0,87 Euro 0,78 -11%
France 0,87 Euro 0,78 -11%
Iceland 141,61 Icelandic Krona 124,07 -12%
Luxembourg 0,92 Euro 0,78 -16%
Finland 0,93 Euro 0,78 -17%
New Zealand 1,53 New Zealand Dollar 1,22 -20%
Canada 1,23 Canadian Dollar 0,98 -20%
Denmark 7,82 Danish Krone 5,78 -26%
Sweden 8,95 Swedish Krona 6,57 -27%
Japan 106,83 Japanese Yen 77,74 -27%
Norway 8,88 Norwegian Krone 5,73 -36%
Switzerland 1,46 Swiss Franc 0,94 -36%
Australia 1,56 Australian Dollar 0,97 -38%

Źródło: Obliczenia własne na podstawie danych OECD oraz średnich kursów http://www.x-rates.com
* w ekonomi częściej stosujemy oznaczenie waluta / USD dla oznaczenia kursu waluty względem USD...

Nie sprawdzałem, jak sprawa wygląda historycznie, ale zapewne Pan Rafał Janik (http://rafaljanik.blog.pl/2012/04/20/polski-zloty-jest-najbardziej-niedowartosciowana-waluta-swiata/) słusznie pisał:

"Niestety, już od dłuższego czasu zaciekle walczymy o fotel lidera klasyfikacji na najsłabszą walutę świata zmieniając się na prowadzeniu z Turcją i Węgrami. Słabość może być powodowana tym, że „rynek” kompletnie nie zwraca uwagi na opisywany parytet lub niedocenia polskiego złotego z racji ogólnej awersji do ryzyka. Jeżeli akurat zapanuje „moda” na sprzedawanie walut z rynków środkowoeuropejskich, to Polski Złoty, jako najpłynniejszy pieniądz w regionie będzie zawsze obrywał najbardziej. Powodem nie są na pewno stopy procentowe, ponieważ tak samo wysokie obowiązują w Australii, gdzie tamtejszy dolar należy z kolei najsilniejszych walut świata.

Zbyt duże odchylnie od parytetu niekorzystnie wpływa na gospodarkę. Gdyby notowania dolara i złotego były „poprawne”, wówczas mocno ucierpieliby eksporterzy, ale znacznie tańszy okazałby się import. Dla Polski, jako kraj notującego permanentny deficyt handlowy taka sytuacja byłaby korzystna. Natomiast ze sporym problemem zmagają się państwa o najbardziej przewartościowanych walutach, jak Szwajcaria, Australia czy Dania. Przedsiębiorcy z tych krajów nie są w stanie nic sprzedaż za granicą, bo ich produkty są dla odbiorców po prostu zbyt drogie. Podobnie z turystyką – każdy, kto chciałby odwiedzić jedno z tych państw, musi się liczyć ze znacznymi wydatkami."


Poszukując ekonomii poza granicami Smitha i Marksa

opublikowane: 26 sie 2012, 06:24 przez Grzegorz Sobiecki   [ zaktualizowane 26 sie 2012, 06:48 ]

Poniżej fragment książeczki "Kościół i ekonomia" (Ordo socialis 1986, polska edycja 2008) agregująca 4 wystąpienia czołowych przedstawicieli Kościoła Katolickiego i katolickiej nauki społczenej na konferencji "Kościół i ekonomia. Odpowiedzialność za przyszłość gospodarki światowej", zorganizowanej w Papieskim uniwersytecie św. Urbana 21-24 listopada 1985r. Prelegentami byli kardynałowie: Agostino kard. Casaroli, Josef kard. Höffner, Josef kard. Ratzinger (obecny papież) oraz Papież Jan Paweł II oraz Lothara Roosa. 

Książkę można pobrać w wersji elektronicznej (PDF): Kościół i ekonomia

Fragment dotyczy wystąpienia tego ostatniego - profesora katolickiej nauki społecznej i socjologii pastoralnej na Uniwersytecie w Bonn. Pokazuje pewną alternatywę dla myślenia, obecnego w mediach i w wielu salach wykładowych, skierowanego na nieustanne i zero-jedynkowe przeciwstawianie sobie myśli liberalnej i prorynkowej (ekonomia klasyczna Smitha, neoklasyczna, niekiedy monetaryzm, libertarianizm - szkoła austriacka) oraz myśli komunistycznej (marksizm, komunizm, ideologie socjalizmu). Propozycją, o której mowa jest społeczna gospodarka rynkowa, która wyciągając to, co najlepsze z mechanizmu rynkowego (motywacyjna rola konkurencji, alokacyjne i dystrybucyjne funkcje rynku, funkcje ceny), stara się także zaspokoić potrzeby nie-jednostkowe - potrzeby wspólnotowe, które objawiają się dopiero w grupach społecznych i całym społeczeństwie.

Ilustracja pobrana ze strony http://goo.gl/wQhqB

"
Lothar Roos

KOŚCIÓŁ I EKONOMIA – ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA PRZYSZŁOŚĆ 
GOSPODARKI ŚWIATOWEJ 

(...)

Rynek a moralność

1. Katolicka nauka społeczna zdecydowanie odrzuca „system administracyjnego centralizmu” (kard. Ratzinger) ze względu na jego deterministyczne i utopijne założenia filozoficzne, które czynią go sprzecznym z godnością ludzką. 

2. Zważywszy, że klasyczny liberalizm ekonomiczny (z Adamem Smithem, ale także poza nim) interpretuje rynek jako „mechanizm” społeczny, dzięki któremu wszyscy uczestnicy obrotu gospodarczego automatycznie osiągają korzyści gospodarcze, można powiedzieć,  że kryje on w sobie element deterministyczny. Dlatego właśnie Adam Smith usprawiedliwia swoje „przekonanie” odwołując się do teologii, a nie ekonomii. W jego koncepcji „harmonii interesów”, Wielki Zegarmistrz, niewidzialna ręka, rodzaj Boga, – jak pojmują Stwórcę deiści – „wbudował” w świadomą myśl i działanie człowieka nieświadomy „podstęp racjonalności”. Właśnie to i tylko to przekonanie krytykował Ratzinger, nie odstępując przy tym od całej tradycji katolickiej nauki społecznej od czasów bp Kettelera.

3. Pamiętając, że wolnorynkowy system ekonomiczny opiera się na fakcie, iż każda jednostka (a nie administracyjny organ wysokiego szczebla) najlepiej wie, co jej potrzeba i jak to uzyskać, stwierdzić należy, że pozostawać on może w całkowitej zgodzie z katolicką nauką społeczną. Właśnie na glebie tej realistycznej antropologii św. Tomasza z Akwinu bronił prawa do prywatnej własności  środków produkcji przed koncepcją kolektywistycznego systemu produkcyjnego. W tej mierze logika rynkowa działa „na zasadach rynkowej skuteczności i ekonomicznego postępu” (Ratzinger). W tych granicach rynek pozostaje instytucją w pełni moralnie akceptowalną, pod warunkiem wszakże,  że służyć  będzie godziwemu celowi optymalnej podaży towarów z pomocą możliwej do zaakceptowania konkurencji.

4. Tym nic mniej uwaga dotycząca zasadniczo zdrowych założeń gospodarki rynkowej jako pożytecznego instrumentu optymalnej podaży towarów, afirmującego ludzką wolność, obwarowana jest w tej perspektywie spełnieniem kilku warunków wstępnych i podlega pewnym ograniczeniom. Jak zauważył kard. Ratzinger, nie jest więc ona w stanie rozrastać się nieograniczenie. Właśnie to rozpoznanie odróżnia teorię społecznej gospodarki rynkowej od jej wczesno- i późnoliberalnych kuzynów. Jednym ze wstępnych warunków społecznej gospodarki rynkowej jest istnienie co najmniej kilku równie silnych konkurentów. Taka równość szans i zabezpieczenie przed, zawsze zagrażającą, monopolistyczną koncentracją władzy gospodarczej, nie wyrasta jednak sama przez się. Zakłada ona z góry konieczność rządowej polityki tworzącej system ram prawnych. Według metafory użytej przez jednego z jej rzeczników, społeczna gospodarka rynkowa nie jest produktem naturalnym lecz wrażliwą „rośliną uprawną”. Ograniczenia każdej gospodarki rynkowej biorą się z faktu, iż tylko część dóbr, można sensownie i godnie dystrybuować metodą rynkową. Opieka zdrowotna, oświata, bezpieczeństwo publiczne i socjalne, dostęp do informacji nie mogą być oferowane na zasadach komercyjnej gry  rynkowej. Starbatty zauważa,  że wobec zapotrzebowania na te poza rynkowe dobra wiele do zrobienia ma państwo i jego instytucje. Chodzi tu zwłaszcza o zaspokajanie potrzeb, które nazywamy „wspólnotowymi”, potrzeb osób znajdujących się w trudnej sytuacji, potrzeb materialne biernych członków rynku, potrzeb dobra wspólnego dotyczących na przykład ekologicznych skutków produkcji przemysłowej, czy stymulowania rozwoju industrialnego. 

5. Jeśli zaakceptuje się i zrozumie nasze dotychczasowe wywody, wtedy brakujące ogniwo między rynkiem a moralnością spada z Drzewa poznania jak dojrzałe jabłko. Zarówno antropologiczna analiza rynku jako instytucji społecznej jak zdefiniowanie warunków wstępnych i granic jego prawidłowego funkcjonowania, zależą od stopnia wiary w jego bezbłędność. Szwajcarski Die Neue Zürcher Zeitung (z 1 grudnia 1985 r.), odwołując się do jednego z klasyków współczesnej niemieckiej katolickiej myśli społecznej kard. Höffnera, zauważa: „Katolicka nauka społeczna uznaje gospodarkę rynkową za właściwą podstawową formę dla systemu ekonomicznego, również w perspektywie i interesie światowej gospodarki. Jednakże pozostaje ona w przekonaniu, że systemowi temu trzeba nadać personalistyczny ideał jako wzór i kierunek. Gospodarka światowa nie jest bowiem automatem, ale procesem kulturowym, kształtowanym każdorazowo pragmatycznie, ale i aksjologicznie przez tożsamość działających w nim podmiotów.” Redakcja czasopisma stawia jednak pytanie: „kto zatem może i powinien w ramach liberalnego systemu ekonomicznego wypełnić etycznymi normami subiektywny obraz aksjologii zarezerwowany zasadniczo dla jednostki?” Liberalna odpowiedź na to pytanie wydaje się być jednoznaczna: „ponieważ istnieje nie jeden, lecz wiele systemów etycznych proponujących różne systemy normatywne, jedynym mechanizmem selekcyjnym, poza wymuszoną konsumpcją, pozostaje konkurencyjność”. Trzeba jednak pamiętać, że jednym z absolutnie podstawowych elementów teorii a zwłaszcza praktyki społecznej gospodarki rynkowej jest fakt istnienia podstawowej zgody społecznej co do podstawowych wartości, określających wstępne warunki i granice prawidłowego funkcjonowania rynku. Tak jak zobowiązane do poszanowania ludzkiej godności demokratyczne państwo konstytucyjne nie może radzić sobie bez zakotwiczonego instytucjonalnie i uniwersalnie obowiązującego porozumienia co do wartości fundamentalnych, tak również w ramach społecznej gospodarki rynkowej niezbędne są orientacje aksjologiczne. Powoływanie się w tym wypadku na zasadę etycznego pluralizmu jest, jak się wydaje, nie na miejscu. By się o tym przekonać wystarczy wyobrazić sobie wolny rynek, bez takich cnót jak solidność, pracowitość, skłonność do oszczędzania, zaufanie, dotrzymywanie umów. Dawał temu wyraz nawet Adam Smith w „Teorii uczuć moralnych”, choć być może nie udało się mu przemyśleć instytucjonalnych konsekwencji jego filozofii rynku i ekonomii. Jak się wydaje kard. Ratzinger wstrzelił się ze swą krytyką  właśnie dokładnie w ten najsłabszy, nie dający obronić punkt współczesnego liberalizmu, w którym następuje „rozdzielenie  świata subiektywnego i obiektywnego”. „Dlatego”, jak stwierdził kardynał, „coraz bardziej oczywista we współczesnej myśli ekonomicznej i gospodarczej staje się świadomość, że rozwój systemów ekonomicznych koncentrujących się na dobru wspólnym zależy od określonego systemu etycznego, który z kolei zrodzony być może i utrzymany tylko na mocnych przekonaniach religijnymi. I odwrotnie – stało się również oczywiste,  że zanik takiej dyscypliny może faktycznie spowodować zapaść w funkcjonowaniu rynku. Polityka gospodarcza, która podporządkowana jest nie tylko interesowi grupy społecznej czy określonego państwa, ale dobru powszechnemu rodziny ludzkiej, wymaga maksimum etycznej dyscypliny, a więc maksimum religijnej siły.

Wnioski końcowe

Nawet, gdyby owocem rzymskiego kongresu „Kościół i ekonomia. Odpowiedzialność za 
przyszłość gospodarki światowej”, nie było nic poza zrozumieniem znaczenia poważnych 
rozmów między ekonomistami i etykami, to i tak osiągnąłby swój najważniejszy cel. Gdyby 
jednak w jego trakcie udało się zrozumieć w głębszy sposób wymienione zagadnienia dotyczące relacji między katolicką nauką społeczną a społeczną gospodarką rynkową i pozbawić je wzajemnych nieporozumień oraz znaleźć trwałą jednomyślność w sprawach podstawowych, wtedy mógłby on nabrać istotnej wagi w kontekście wspólnej odpowiedzialności za gospodarkę świata, która dźwigana być musi przez wszystkie podmioty międzynarodowe, w tym także przez Kościół i sektor ekonomiczny. Oczywiście taki unikalny 
i  śmiało zaplanowany kongres nie mógł przebiegać bez kontrowersji i wzbudzać musiał rozmaite dyskusje i krytyki. Wszyscy jego uczestnicy przechowają jednak w pamięci wysoki poziom wielu przemówień i dyskusji panelowych, niepowtarzalną duchową atmosferę bazyliki św. Piotra, gościnność Papieskiego Uniwersytetu św. Urbana, Fundacji Adenauera oraz ambasadora Niemiec przy Stolicy Apostolskiej. Powszechna jest też świadomość,  że ostatecznie wszystko zależy od kontynuacji kongresowej  dyskusji i podtrzymania różnych więzów osobistych nawiązanych na nim, między naukowcami i politykami z całego świata.

Sztuczki i iluzje w rządach /O.F./

opublikowane: 28 maj 2012, 04:56 przez Grzegorz Sobiecki   [ zaktualizowane 28 maj 2012, 05:09 ]

Jan Cipiur, "Budżetowanie rządowe"

Kolejny ciekawy artykulik popularno-naukowy z Obserwatora Finansowego, z którego można wyciągnąć kilka prostych wniosków:
  • Wyborczy cykl koniunkturalny istnieje w rzeczywistości
    • walka polityczna partii rządzącej przeciwko ewentualnym następcom trwa - rządząca partia zrzuca ciężar odpowiedzialności za własne zobowiązania na następców
    • rządy uciekają się do wszelkich sposobów pokazujących siebie i gospodarkę podczas własnych rzędów w dobrym świetle
  • Rządy koncentrują się na celach krótkoterminowych, lekceważąc skutki swoich działań w długim terminie, wykraczającym poza ich kadencję
  • Rządy są krótkowzroczne i nie dostrzegają, jak sztuczki, do których się uciekają mogą mieć ostatecznie negatywne skutki dla gospodarki i społeczeństwa (sztuczki można zastosować tylko raz) i jak pogłębiają problemy finansowe, które mogą się przełożyć na problemy realne
  • W Polsce istnieje pilna potrzeba istnienia (lub wsparcie) niezależnej (np. NGO) organizacji monitorującej kompleksowo działania rządowe i instytucji państwowych obok NIKu
  • W Polsce istnieje pilna potrzeba określenia długoterminowych prognoz (np. 50-letnich prognoz) rozwoju gospodarczego i budżetów, uwzględniającego obecne realna ORAZ przyszłe skutki (np. zobowiązania) bieżących działań w przyszłości w oparciu o twarde dane i modelowanie ilościowe a także ocenę ekspercką (w tym np. opisanej organizacji)

/GS/

1-10 of 44